Need for Speed: Motor City

Need for Speed: Motor City
0 votes, 0.00 avg. rating (0% score)

Need for Speed: Motor City

W chwili, gdy piszę te słowa, „Need For Speed: Road Challenge” prowadzi bój o czołowe miejsca na naszej liście wszechczasów TOP 10 (po jej aktualny wygląd odsyłam do książki „Strefa Gier – poradnik”). Nie jest to chyba dla nikogo zaskoczeniem – w końcu wszystkie części serii okazywały się być przebojami, wszystkie przykuwały do monitora na długie, nocne godziny i prędzej czy później zapisywały się w karty historii komputerowych wyścigów. Tak było z częścią pierwszą, wiodącą heroiczne walki z programem „Screamer”, tak było z częścią drugą („Screamer 2”, „Sega Rally”), tak też i było z trójką, która w opinii większości graczy zdeklasowała całkiem przecież dobrego „Colin McRae Rally”. „Need For Speed: Road Challenge” (w USA program nosi podtytuł „High Stakes”, zaś gracze przyszli mu nieprawdziwą metkę „NFS 4”) jest więc na topie. Nietrudno się jednak domyślić, iż lada moment pójdzie w odstawkę. Kolejne samochodówki pojawiają się na rynku jak kule z karabinu – jeden po drugim przydeptując trzeciego. Już jest „Driver” i „Rally Championship 99” (po polsku), za ciapkę pojawią się „Demolition Racer”, „Test Drive 6”, „Colin McRae 2” oraz kolejne produkty z serii „Nascar Revolution”. Co na to EA?
Ano.. chłopcy poszli po rozum do głowy. Skoro coraz częściej słyszy się głosy o wtórności „NFS: RC”, o tym, że jest tylko ulepszoną trójką z niewielką dozą grywalności i rozdętą do granic możliwości grafiką, to znaczy, że przyszedł czas na zmiany. Pracują więc nad nimi w pocie, brudzie i kurzu, skutkiem czego już na początku 2000 roku na rynku pojawi się „Need For Speed: Motor City”.
Co jak co, ale o wtórność w stosunku do „NFS: HS/RC” nikt go nie posądzi. Nie będzie to bowiem obłędny wyścig pozwalający graczowi zasiąść za kierownicą Lamborghini Diablo. O nie! Przeniesiemy się bowiem do Ameryki wczesnych lat 60-tych, pełnej taniej jak siki Weroniki benzyny (ropy), gablot wielkich jak szafa Twojej babci, odpornych niczym prezydent Jelcyn na alkohol. W „Need For Speed: Motor City” zobaczysz Forda Coupe z 1932 roku, Chevroleta Sport Bel-Air z 1957, Pontiaca GTO z 1966 i blisko 40 innych, równie wspaniałych wozów.
Dostępne będą dwa tryby gry. Pierwszy to standardowy wyścig wyznaczoną z góry trasa, w której wszystko zależy od umiejętności speedowania i odpowiedniego wchodzenia w zakręty. Drugim będzie „street challenge”, czyli wyścig miejski. Twa bryka otrzyma zadanie dotarcia na drugą stronę miasta szybciej, niż zrobią to przeciwnicy – a miasto to wszak wąskie uliczki, ruch, ludzie i zakręty pod kątem 90 stopni… Samochód będzie można dowolnie przebudowywać. Silnik, karoseria, koła, tłumik, dach (cabrio!) – jeśli tylko masz ochotę i zielone w kieszeni, to bierz się do roboty!
Electronic Arts dopracowało też tryb multiplayer. Niestety, by zostać bossem jeżdżącym wypacykowanym wózkiem, będziesz musiał nieco poćwiczyć. Na początku bowiem otrzymasz jakiś rozsypujący się wrak, który po kosztownym remoncie da się jako-tako prowadzić. Jeśli zdołasz wygrać nim jeden – dwa wyścigi, pojawi się kaska i szansa na rozbudowę. Nowy silnik czy lepsze ogumienie zwiększą szansę na kolejne zwycięstwa. Gdy wreszcie zostaniesz właścicielem cudownego Pontiaca z prześliczną kobietą wymalowaną na karoserii, będziesz miał czym chwalić się w internetowych barach. Otrzymasz prawo wejścia do najlepszych kantyn w mieście, gdzie przychodzą tylko najlepsi. A stąd już tylko krok do wyścigu na śmierć i życie z słynnym Johnniem B…
„Need For Speed: Motor City” zapowiada się więc bardzo interesująco. Bogactwo licencjonowanych pojazdów, stare, cudne krążowniki szos, tania benzyna i możliwość dowolnego „przerabiania” wozu stanowią jej największe atuty. Jeśli dołożyć do tego tradycyjnie odjazdową grafikę (czy Electronic Arts kiedykolwiek nas zawiodło?) i zapowiadający się bombastycznie tryb multiplayer, to mamy przed sobą kandydata do przejęcia pałeczki pierwszeństwa w dziedzinie komputerowych ścigadeł. Jeszcze tylko zebrać kasę na kierownicę, jeszcze tylko powiększyć monitor do tych 25 cali, jeszcze tylko czapkę pilotkę dziadkowi podwędzić i już… już można gnać do usranej śmierci… głodowej. Przyznam się, że czekam na tą grę z wielgachną niecierpliwością. Oby była udana!

Inne wpisy:

About the author